Ostatnio zagłębiam się w klasykę westernów, dopiero teraz zrozumiałem, jak świetny jest ten rodzaj filmów.
"The reason? The gold!"
Zaczęło się od przypadkowego buszowania po YT w celu wyszukania jakiegoś fajnego filmu. Los chciał, że trafiłem akurat na trailer filmu
"The good, The Bad, The Ugly", który niesamowicie mi się spodobał. Uważałem filmy o dzikim zachodzie jako nudne i przewidywalne, jednak ten zwiastun jest niesamowity, jak całe dzieło Leone zresztą. Świetne połączenie muzyki z obrazem. Jeśli kogoś zaciekawiłem tym filmem - uprzedzam oglądanie trailera na własną odpowiedzialność, zawarte w nim jest dość sporo spoilerów kluczowych momentów.
Ale przejdźmy do samego filmu - bohaterami filmu są trzej mężczyźni: Zły (Angel Eyes) - bezwzględny łowca nagród, Brzydki (Tuco) - wielokrotny przestępca i Dobry (Blondie) - łowca głów z zasadami. Wszyscy trzej usiłują dotrzeć do ukrytego przez wojsko skarbu. Sam początek filmu może zwykłego, przeciętnego kinamaniaka troszkę przynudzić - wędrówki przez pustynię, wizyty w róznych domach. Natomiast tak od połowy filmu to jest za przeproszeniem istny rozpierdol. Ciągle jakieś zwroty akcji, towarzysząca nam muzyka niesamowicie zgrywa się z opowieścią na ekranie. Warto zaznaczyć doskonałą grę aktorską głównych bohaterów - Clint Eastwood bardzo fajnie utożsamiał się z postacią cichego rewolwerowca "z klasą". Cechą odznaczającą Sergio Leone od innych reżyserów z jego branży był brak jednoznacznego pozytywnego bohatera, co oznacza, że "Blondie" grany własnie przez Eastwooda nie był taki cukierkowy. Dam coś na przykładzie wrestlingu - Jeff Hardy i Stone Cold. Oboje są face'ami, jednak odbiera się ich zuuuuuupełnie inaczej. Lee Van Cleef grał typowego, heelowego bandytę, badassa... Angel Eyesa. "When I'm paid, I always follow my job through" - jego główne motto. Postać Eliego Wallacha - Tuco była takim tweenerem, raz zachowywała się w porządku, raz coś jej odbijało. Pewne jest jednak, że była zabawna i głupkowata.
Zdjęcia również robią wrażenia, można naprawdę poczuć klimat dzikiego zachodu.
Końcowy pojedynek... wręcz epicki. Przedłużany ile się da, zbliżenia na oczy, na kabury od pistoletów, znów na oczy, potem ujęcie z daleka... coś niesamowitego. Całemu starciu towarzyszy również wspaniała otoczka dźwiękowa. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć samą końcówkę (czego zdecydowanie nie polecam) to zapraszam na youtube.
Troszkę o wcześniej wspomnianej muzyce. Już na samym początku seansu wita nas główna muzyka towarzysząca nam praktycznie przez cały czas. Myślę, że powinniście skojarzyć, bo melodia jest dość znana:
Prześwietny kawałek, znany za pewne coponiektórym fanom zespołu Metallica, a także wrestlera sceny niezależnej, Eddiego Kingstona - Ecstasy of Gold w filmie gra tylko jeden raz, ale za to w kluczowym momencie, świetnie wpasowuje się do rozgrywanych na ekranie wydarzeń.
Muzyka z ostatniego pojedynku opisywanego przeze mnie troszkę wcześniej:
Słówko podsumowania całego filmu: arcydzieło! Najlepszy film, jaki oglądałem w moim całym życiu. Prawie 3 godziny świetnego kina. Tego się po prostu nie da wyrazić słowami... kto nie widział tego utworu, ten tak naprawdę nie wie, co oznacza zwrot "świetny film"

.
When a man with a .45 meets a man with a rifle, the man with a pistol will be a dead man.
"Dobry, zły i brzydki" tak mnie zachwycił, że postanowiłem sięgnąć po inną, pierwszą część tzw. "Dolarowej trylogii" Sergio Leone -
"A Fistful of dollars". Samotny wędrowiec przybywa do miasteczka leżącego przy granicy z Meksykiem. Zastaje tu dwie rodziny przemytników, które się zwalczają. Postanawia wkroczyć do gry... Dobra część na rozpoczęcie przygody z westernami - trwa "tylko" 1,5 godziny, jest więcej strzelanin niż w TGTBTU. Całość jest o wiele bardziej humorstyczna od części trzeciej opisywanej przeze mnie wcześniej, rewolwerowiec grany przez Clinta często rzuca jakimiś ironicznymi, "czarnymi" żartami.
[Do grabarza, przed strzelaniną] Przygotuj trzy trumny.
[Po strzelaninie, również do grabarze] Moja pomyłka: cztery trumny.
Niestety, przynajmniej w moim przypadku muzyka nie wpada tak bardzo w ucho. Co prawda dobrze zgrywa się z obrazem na ekranie, ale "nie gra mi cały czas po głowie", jak w przypadku muzyki, którą mam nadzieję, że już przesłuchaliście.
Zwrotów akcji, jak to już zwykło w westernach bywać jest sporo.
Końcowy pojedynek, podobnie jak w opisywanym wcześniej filmie - PRZEŚWIETNY.
Koleś ze strzelbą strzela do głównej postaci w serce. Bez skutku, Joe się podnosi. Próbuje drugi raz - efekt ten sam. Próbuje jeszcze kilka razy, po czym się poddaje. Charakter grany przez Eastwooda przerzuca swoje charakterystyczne poncho za siebie, widzimy kawałek jakiegoś metalu na jego klatce piersiowej - skonstruował coś w rodzaju kamizelki kuloodpornej.
Warto było czekać na tą scenę przez cały film.
Całość wyszła bardzo dobrze, aczkolwiek słabiej od "The Good, The Bad, The Ugly". Warto również zaznaczyć, że jest to remake.
When the chimes end, pick up your gun. Try and shoot me, Colonel. Just try it.
"For a few dollars more" to druga część "dolarowej trylogii", a także ostatnia, która została mi do obejrzenia. Na początku pozytywny zaskok - Lee Van Cleef gra w filmie! Bardzo dobrze udało mu się wczuć w rolę Angel Eyesa. Tym razem grał jednak "tego dobrego".
Pułkownik Douglas Mortimer i tajemniczy, małomówny Manco trudnią się tą samą profesją - są łowcami nagród. Gdy z więzienia ucieknie groźny bandzior przezwiskiem Indio, obaj panowie staną do polowania na tę cenną a niebezpieczną zdobycz, co nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji między nimi, wszystko zaś wskazuje że konieczna będzie współpraca. Właściwie w opisie zostało juz cała fabuła opowiedziana, przynajmniej ta część spoiler-free. Oczywiście główne postacie były świetne wykreowane, a także grane.
Muzyka tym razem powraca już, że tak powiem "do mojej głowy"

Świetnie skomponowana przez najprawdopodobniej najwybitniejszego twórcę muzyki filmowej - Ennio Morricone.
Zastosowany został bardzo ciekawy patent - "Kiedy muzyka się skończy, spróbuj mnie zastrzelić". To właśnie słowa głównego bandziora z filmu, Indio, który posiadał zegarek z melodyjką. Kiedy się kończyła, dawał szansę, by się zastrzelić.
Przywykłem już, że reżyser opisywanych przeze mnie westernów robi świetne końcowe pojedynki. W tym przypadku nie było inaczej. Rzekłbym nawet, że równie epicko, co w części trzeciej.
Pułkownik Douglas Mortimer i El Indio spotykają się na pustkowiu. Ten drugi wypowiada przytoczone troszke wyżej słowa - "Kiedy muzyka się skończy, spróbuj mnie zastrzelić". Muzyka gra, lecz przerywa ją ten sam dźwięk, z innego zegarka. Pojawia się Manco, bezimienny rewolwerowiec grany przez Clinta Eastwooda. To on będzie pełnił tutaj rolę sędziego w pojedynku między pyłkownikiem, a bandziorem. Po wygranej przez Mortimera strzelaninie, podczas dzielenia się pieniędzmi mówi mu, że są mu niepotrzebne. Bierze tylko zegarek, w którym widnieje podobizna jego zabitej siostry i odchodzi w stronę zachodzącego słońca. Wzruszyłem się w tym momencie

Troszkę muzyki...
Główna ścieżka do filmu:
Hipnotyzująca wręcz muzyka z zegarka
Ogólnie film wyszedł odrobinę słabiej niz TGTBU, aczkolwiek lepiej niż FoD. Kolejne, udane spędzone 2 godziny.
Polecam każdy z opisywanych filmów, powoli przymierzam się też do obejrzenia "Mściciela", "Rio Bravo" i "Dawno temu na dzikim zachodzie".
